wyjechałam. bo taki był kaprys. bo chciałam czegoś nowego. bo przecież wszyscy wyjeżdżają. no i mam teraz. i piszę. gromadze wspomnienia. doswiadczenia. spostrzezenia.
RSS
wtorek, 22 lipca 2008
małe maile o holendrach
but you know what? I am alone here, with my polish thoughts in my head, with my plans and imaginations. Of course I met Erika, and Marta (my ex flat-mate), and Im gonna visit my ex boss. but... but... still I am alone. this is nice feeling, but sometimes, especially when warm evening comes, I would like to have somebody next to me. to drink coffee together. to watch movie, go to the swimming-pool. or something. Amsterdam makes me feel lonely but happy as well. is this possible? perhaps it is all about my wishes ( I WOULD LIKE TO FEEL IN LOVE!!!)...

i understand totally...  i know what you mean. that's one of the things that scares me. it's probably the first thing that scares me. i feel like i am moving to holland now and i won't find anyone ever... because i never saw not even ONE pretty or interesting dutch man while i was there. they all wore grey clothes, all black and white and posh and as if they were always coming from the office, uninteresting, so uninteresting... and i hated their unpolite way of being, their loud voices, their uninteresting appearance... i don't know why i haven't seen not even ONE pretty dutch guy while i was there... but i have a hunch i will never be atracted to any dutch man in my life. they don't seem loving, they are not open, they are not friendly, they don't express anything to me. maybe i am just generalizing too much, beats me. but the idea of amsterdam scares the shit out of me esspecially because of the dutch ppl.

piątek, 04 lipca 2008
historia jak bumerang
a jednak ma się to we krwi. a jednak nie zapomina się spoglądać przez ramię, obracać za siebie i sprawdzać, czy z ktorejs strony nie nadjezdza rower, czy nie zajezdza mojej drogi, czy nie wpadne na dwa kola, albo trzy, albo w wiklinowy koszyk przyczepiony do kierownicy, albo inne pudlo. a jednak potrafie gnac uliczkami grachtow z taka sama predkoscia jak kiedys, z wiatrem we wlosach, z parasolem w dloni, odbierajac telefon, trzymajac torbę z zakupami.. a jednak to prawda, co mawiają ludzie, historia lubi sie powtarzac, lubi zataczac kolo, lubi wzywac nas w to samo miejsce.
znow slysze ulubiony dzwiek skrzypienia lancuchow, znow pije kawe z wysokiej kanciastej szklanki, znow widze złote kowbojskie kozaki na nogach Holenderek, znow slysze charczaca, smieszna mowe, znow tutaj jestem, znow na tej plaskiej, zielonej ziemi.

cala Holandia i Amsterdam zawieraja w sobie mnostwo moich wspomnien. wiele historii wraca więc do mnie jak bumerang. przychodzi, zaczepia, trąca rękaw i niemal skacze do oczu. kawiarenki. smak wina pitego w Vondelparku. kolorowe sklepy z duperelami. wibratory z sex-shopow. kwiaty, piekne i egzotyczne kwiaty, ktore mozna kupic za grosze. liczenie kresek na strippenkarcie. zapachy ganji na kazdym rogu. kolory. kultury. dziwnosci. ekscentrycznosci. i jeszcze łąki pełne leniwych krów. płaskie łąki, miedzy ktorymi odpoczywam jezdzac rowerem. urocze, niewielkie mosty. zatłoczenie. zapach wiatru. zapach rzeki. zapach deszczu i mokrej ziemi.

mawiają także, że Holandię albo kocha się całym sercem albo z całego serca nienawidzi. pamiętam jak rok temu opuszczalam ten kraj z sercem pelnym polskich tęsknot, samotnosci i z rodzajem antypatycznego grymasu. z całą pewnością nie lubiłam wówczas Holandii, nie chciałam się z nią przyjaznic i nie potrafilam zostac dluzej. minal cały rok i wracam tutaj z sercem pełym zyczliwosci i serdecznosci do wszystkiego, co znam. z ulga odkrywam ze na Albert Heijn stoi w tym samym miejscu, gdzie robilam zakupy rok temu. ze kradzione rowery ciagle mozna dostac za dwadzieścia euro na tym samym mostku. ze Holendrzy wciaz nosza nieco dluzsze wlosy i zaczesuja je do tylu przy pomocy zelu. ze Holenderki mimo noszonych szpilek i sukienek wsiadaja na rower. ze mimo porannego slonca wieczorem i tak mozliwe jest oberwanie chmury. ze srodek Amsterdamu to prawdziwa Sodoma, gdzie miesza sie smak z obrzydzeniem, bieda z bogactwem, wszystkie religie, języki, kolory i smaki. ze mnostwo tutaj brudu, perwersji, zepsucia i rozpusty.

zachwycam sie wszystkim od nowa. od nowa tez odkrywam swoja polskosc.
witaj w domu, chcialoby sie rzec.
tak, niespodziewanie, mimochodem niemal, calkiem niezauwazalnie, Holandia stala sie moim drugim domem...


ps. to wakacyjna praca.
dorobienie do studenckiego budżetu.
no. to niech się kręci!


czwartek, 26 czerwca 2008
polsko - holenderska
powrót do kraju wiazał się z tyloma sprzecznościami. w Holandii wiadomo - spokój. bo stabilizacja finansowa. bo perspektywa pracy. bo zalążki przyjaźni. bo rutyna. plany podróżnicze. mnóstwo kulinarnych smaków. nawet początki zrozumienia charczącego języka. w Polsce też wiadomo - ciasna klitka ze studentami. pustki w portfelu. kolejne studia. nowe miasto. polityczna zawierucha. kłótnie sąsiadów w melinie spod piątki. i tylko marzenia. marzenia, do których dążyłam od zawsze.
a jednak wróciłam. a jednak. i spod skóry zaczęło wszystko wychodzić i przekształcać się w jedną, wielką, potężną tęsknotę. dlaczego? dlaczego tak właśnie? przecież momentami nienawidziłam Holandii, przeklinałam żółty ser, skrzypienie rowerów, pedałowanie w strugach deszczu, plastikowe jedzenie i emocjonalny chłód Holendrów. przeklinałam. nienawidziłam. dezaprobowałam. narzekałam.

a jednak. jednak. wróciłam. od roku próbuję dojść do siebie. znaleźć dom. przyzwyczaić. etykiety sera gouda w supermarkecie wzbudzają rodzaj serdecznego, mocnego i szczerego uśmiechu. wyszperane ciuchy w secondhandzie z naklejką od hemy powodują, że przenoszę się tam w myślach, do tej pstrokatej hemy, w której można kupić wszystko, od kiełbasy, przez dziecięce śpioszki aż do części od rowerów.

tęsknię. tęsknię. pod skórą siedzi wszystko. żółty ser. charcząca mowa. płaskie, nudne przestrzenie. leniwe krowy rozłożone na pastwiskach i łąkach. zakupy w Albercie. zapach ganji. mieszanina ulicznych kolorów. rowery. wszystko. wszystko. czy to oznacza, że w jakiejś swojej części, w środku siebie, całkiem nieświadomie, przez wszystkie swoje amsterdamskie miesiące, zupełnie naturalnie, ale poza obszarem przytomności, stałam się tamtejsza? holenderska? niderlandzka? jaka właściwie?
niedziela, 23 września 2007
przypadkowość.przyjaźni
na początku brakowało przyjaciół. pamiętam jak krążyłam wokół siebie, jak ze sobą, w sobie, obok siebie starałam się znosić własne towarzystwo. jakim ukojeniem była grupa ze szkoły językowej. cotygodniowe, regularne spotkania. twarze, które chociaż na jakiś czas są constans. namiastka trwałości i niezmienności przez ponad rok. zbieranina przybyszów z całego świata ogarnięta miłością lub nienawiścią do tego kraju-miasta.

a potem po jakimś czasie zrozumialam tutejszą przypadkowość spotkań. trudno zbudować trwałe relacje. trudno o coś stałgo. w Amsterdamie trwa nieustanna rotacja ludzi. projety półroczne, roczne. a potem pożegnania. ludzie wokół mnie z Argentyny, z Nowej Zelandii, z Senegalu, z RPA. różne kontynenty zgromadzone przy jednym stole. mieszanina różnorodna, egzotyczna, prawie przypadkowa. 

nie potrafiłam tego zrozumieć. jednego dnia pijesz z kimś kawę, a w następnym tygodniu ten ktoś wyjeżdża do Konga na staż. nie zdążysz przyzwyczaić się do tego kogoś, a on już znika.
a potem,.. potem nauczyłam cenić się nawet te pojedyncze, przypadkowe latte, dzielone między kolejnymi wyjazdami. to też tworzy urok Amsterdamu. przepływ ludzi. nieustannie wymienialną energię.
środa, 04 lipca 2007
Albert Heijn na lunch
czasem przychodzi moment zawieszenia. ogladam nie moją telewizję. jem nie moją kolację. ba. lunch jest zamiast obiadu. nie moi przyjaciele gromadzą się wokół. nie mój tramwaj. znowu rower, choć pada deszcz. nie moje supermarkety. nie mój zwyczaj porannych grzeczności z sąsiadką. bo to nie moja sąsiadka. i nawet nie moje dzieci, którym znowu zmieniam pieluchę.
momenty zawieszenia powodują, że przyglądam się sobie jakby przez folię, z boku, nieobecna, choć świadoma. czas przepływa przez palce, choć nie jest szczególnie rejestrowany. to jakby bezczasowość, bo trwa i trwa. nie wiem ile. aż się skończy. aż znów tryśnie entuzjam. znów banał znajomej okolicy zacznie zachwycać, a moment odpinania łańcucha od roweru przestanie wzbudzać niechęć.

przyglądam się sobie z boku, czynności wykonuję mechanicznie. jakby ja i nie ja. jakby u siebie i gdzieś całkiem indziej. myślę że nie moje, a przecież tkwię właśnie tutaj i przyswajam, niezauważalnie każdego dnia przyswajam właśnie. do tego stopnia, że wiem, że kiedyś, że właśnie tych gotowych sałatek z Alberta Heijna będzie mi brakować. bo one są najlepsze na lunch. 
środa, 20 czerwca 2007
dorastam tutaj
I came to Amsterdam pinched and thin. I did not know yet what I deserved. I still maybe don`t fully know what I deserve. But I do know that I have collected myself of late - through the enjoyment of harmless pleasures - into somebody much more intact. The easiest way to say it is that I have put on weight.
I exist more now than I did two years ago. I will leave Amsterdam noticeably bigger then when I arrived there. And I will leave with the hope that the exapnsion one person is indeed an act of worth in this world. Even if that life, just this one time, happens to be nobody`s but my own.

niedziela, 17 czerwca 2007
where is my city?
She asked me what I thought of Amsterdam. I told her I really loved the place, of course, but somehow knew it was not my city, not where I`d end up living for the rest of my life...
There is something about Amsterdam that doesn`t belong to me, and i can`t quite figure out what it is... since two years already I cant figure out.

czwartek, 14 czerwca 2007
the word of a street
the secret to understand a city and its people is to learn - what is the word of the street. if you could read people`s thoughts as they were passing you on the street of any given place, you would discover that most of them are thinking the same thoughts. whatever the majority thought might me - this is the word of the city.
what`s Amsterdam`s word then?
sex. sex and drugs.

it is a kooky theory, impossible to prove, but I sort of like it. let`s play:
Warszawa - rush. succeed.
Kraków - history.
Paris - fashion.
New York - achieve.
Stockholm - conform.

środa, 13 czerwca 2007
jak Polaka widzi Holenderka...
szefowa szturchna mnie za ramię. - Zobacz Marta, po drugiej stronie ulicy. to na pewno Polka. spójrz tylko.
spoglądam. ciemnowłosa kobieta, która szarpie nerowow swojego syna. bardzo obcisłe spodnie. bardzo wysokie szpilki. brak uśmiechu. usta wygięte w lekki grymas. mocny makijaż. mocny stukot butów o chodnik. mocne szarpnięcie chłopca. zmarszczka na czole, między oczami.
hm. Polka? wygląda znajomo, ale czy na pewno? na pewno? czekam ciekawie na jakieś słowa. bo może Włoszka (choć są bardziej eteryczne), może Greczynka (podobno pulchnijesze), może Francuzka (w takim makijażu?!) - Patrz jak idziesz niezdaro! - wydobywa się nagle z jej ust. zgadza się, Polka.
pytam szefową dlaczego tak łatwo ją rozpoznała. - to proste Marta, spójrz jak wygląda, spójrz na jej twarz, zobacz w jaki sposób się porusza. ma w sobie coś z przygarbienia. i ma w sobie coś z agresji.

podobno jesteśmy charakterystyczni. podobno mało się uśmiechamy. podobno dużo przeklinamy. podobno spalamy wiele papierosów podczas jednego spotkania. podobno jesteśmy niepewni, zakompleksieni i nie wierzymy w siebie. podobno to wszystko można zaobserwować po pierwszym kwadransie przebywania z nami, Polakami... i podobna wielu tutaj nas w Amsterdamie, stąd takie jej wnioski.
piątek, 18 maja 2007
inności...
jak wielki teatr ten Amsterdam. a ja jestem aktorką i widzem jednocześnie. przedstawienie rozgrywa się równocześnie na dwóch scenach. oglądam na jednej show - witryny sex-shopow, w których prężą się wibratory, rozmaite kolory, kształty, rozmiary; na rogach ulic kwiaciarki z tulipanami, chortensjami, słonecznikami i innymi czerwonymi, żółtymi, białymi, licznymi kwiatami; zapach świeżych ryb na marketach; tureckie fast-foody; sklepy z hinduskimi sukniami; coffe shopy, ze ścian których spogląda przyjaźnie Bob Marley; tysiące rowerów poprzyklejanych do latarni, ławek, drążków, śmietników, wszędzie, wszędzie; rzeka ludzi, wśród której każdy kolor skóry, egzotyczna mieszanka krwi, ekscentryczne fryzury, ekspresja mowy, oryginalność ubioru. kobiety w burkach na twarzy, półnagie torsy, mini, bikini, dread, złota szczęka, szpilki i adidasy wystające spod habitu. ortodoksi, neutralni, krzykliwi, szukający, kopiujący, błądzący, zaczepiąjący, niewidoczni, przypadkowi albo na swoim miejscu. misz masz i galeria wdzięku, przepychu, zapsucia, tandety, kiczu, elegancji, zwyczajności, wszystkiego.

na drugiej scenie to ja gram główną rolę. nie zdołam być niewidzialna, niezauważalna, nierozpoznawalna, neutralna. nie zdołam. czy zdradza mnie akcent? czy kolor wsłosów? a może mam na czole wypisane 'nie jestem stąd'. albo zaczepiają mnie na ulicy mężczyźni zauroczeni słowiańskim typem urody, albo ktoś zapyta przyjaźnie w sklepie gdzie akurat robię zakupy 'Hej where are you come from?'. cmokają, zagadują, uśmiechają się, klepią po ramieniu, pośladku, machają dłonią, przystają.  Czuję na sobie spojrzenia ciekawskich, oceniających, przypatrujących się. widzę ledwo dostrzegalny uśmieszek w kącikach ust, gdy wyjawiam 'form Poland'.

czy zdołam zasymilować się, gdy przyswoję język? czy wtopię się w ten różnorodny tłum, gdy zadecyduję osiąść tutaj na stałe? czy będę tutejsza za jakiś czas i czy w ogóle kiedykolwiek? czy wielke przedstawienie stanie się normalnością, zwykłą codziennością, gdy zacznę jeść w tureckich fast foodach albo zacznę wdziewać krzykliwe kolory z Hemy? czy potrafię wreszcie, czy potrafię być ślepa na różnice, różnorodność, inność swoją, inność innych, inne inności, innych inność?

 
1 , 2 , 3 , 4